Select Page

Kto i kiedy wybiera prezydenta USA?

Kto i kiedy wybiera prezydenta USA?

Już we wtorek wybory prezydenckie w USA. Tamtejszy system wyborczy jest trochę skomplikowany, postaram się wytłumaczyć, jak to wygląda w praktyce.

Wybory odbywają się zawsze w pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada. Obywatele USA oddają głos na elektorów, którzy w poszczególnych stanach spotykają się w pierwszy poniedziałek po drugiej środzie grudnia i głosują. Wyniki przesyłają do przewodniczącego Senatu. Ten zwołuje 6 stycznia posiedzenie obu izb Kongresu, na którym odczytane są oficjalne wyniki. Nowo wybrany prezydent składa przysięgę 20 stycznia w samo południe czasu waszyngtońskiego, chyba że ten dzień wypada w niedzielę – wtedy zaprzysiężenie następuje 21 stycznia.

Wszystko jasne? Jeśli nie, to zapraszam do dalszej części wpisu.

Kolegium Elektorów składa się z 538 osób, czyli dokładnie tylu, ilu liczy Kongres Stanów Zjednoczonych. Kongres USA składa się z Senatu oraz Izby Reprezentantów. Każdy stan ma tylu elektorów, ilu członków Izby Reprezentantów plus dwóch senatorów. Liczba reprezentantów zależna jest od liczby ludności.

Najmniejszym stanom przypada po 3 elektorów, największy – Kalifornia – ma ich aż 55. Dodatkowo 3 elektorów ma Dystrykt Kolumbii. We wszystkich stanach oprócz Nebraski i Maine obowiązuje zasada „zwycięzca bierze wszystko”. Oznacza to, iż bez względu na to, czy różnica pomiędzy kandydatami wyniesie 0,01% czy 99%, zwycięzca otrzymuje wszystkich delegatów z tego stanu. Stąd też możliwa jest sytuacja, że prezydentem zostanie kandydat, który w całym kraju zdobył mniej głosów od swojego przeciwnika. Tak było np. w 2000 roku, gdy więcej głosów bezpośrednich otrzymał Demokrata Gore, ale prezydentem został Republikanin Bush.

Żeby zostać prezydentem trzeba zdobyć ponad 50% elektorów, czyli minimum 270. Jeżeli żadnemu z kandydatów to się nie uda, wtedy prezydenta wybiera Izba Reprezentantów, a wiceprezydenta Senat. Można więc stwierdzić, że ewentualna „dogrywka” jest na korzyść Trumpa. Większość w Izbie Reprezentantów mają bowiem Republikanie.

Taki system wbrew pozorom ma sens. Gdyby wszystkie stany miały tyle samo głosów elektorskich, największe z nich byłyby pokrzywdzone. Wybory bezpośrednie (popular vote), byłyby krzywdzące dla najmniejszych stanów – wystarczyłoby wygrać tylko w kilku największych, reszta nie miałaby żadnego znaczenia.

Są też wady. Większość stanów od lat zawsze głosuje tak samo: albo na Demokratów, albo na Republikanów. Dlatego też kandydaci nie jeżdżą tam i nie prowadzą kampanii. Szkoda na to czasu i pieniędzy. Każdy wie, że w Kalifornii wygra kandydatka Partii Demokratycznej, więc Republikanie o głosy mieszkańców tego stanu nie zabiegają. W Teksasie natomiast wygrywa kandydat Republikanów i jest pewne, że 38 elektorów z Teksasu zdobędzie Trump.

USA to duży kraj, ale o tym, kto zostanie prezydentem, decyduje zaledwie kilka stanów. Są to „swing states” – stany niezdecydowane. Cała kampania obu kandydatów skupia się właśnie w tych kilku miejscach. Od lat „swing states” są Floryda i Ohio. W tych wyborach jest podobnie. Pozostałe niezdecydowane stany to przede wszystkim Nevada, Karolina Północna, Kolorado, Iowa, New Hampshire i Pensylwania.

Taki system wyborczy powoduje, że mieszkańcy pozostałych stanów mogą czuć się niepotrzebni, o ich głosy nikt nie zabiega.

Często pada pytanie, czy elektorzy mają obowiązek zagłosować tak, jak wskazują na to wyniki głosowania w ich stanie. Odpowiedź brzmi: nie, nie mają. Jest to jednak niepisana tradycja, której prawie nikt nie odważył się złamać. Bywały w przeszłości przypadki, że elektorzy głosowali inaczej, niż wskazywały na to wyniki, ale nigdy nie miało to wpływu na ostateczny rezultat. W ponad 50% stanach za taką niesubordynację są przewidziane kary (zazwyczaj grzywna), w pozostałych nic elektorom nie grozi. Gdyby jednak doszło do masowego buntu elektorów, wybory prezydenckie straciłyby sens, dlatego też można być spokojnym – elektorzy nie zmienią decyzji obywateli.

Nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie Amerykanie zmienili sposób wyboru prezydenta. Są wierni tradycji i to się szybko nie zmieni.

Jeżeli dalej nie rozumiecie systemu wyborczego w Ameryce, to pragnę Was uspokoić. Takich osób jest znacznie więcej.

O autorze

Tomasz Witowski

Polak. Katolik. Konserwatysta.

Kategorie

Śledź nas

Napisz do nas

[email protected]