Select Page

„Baczność. Za mną – marsz!”

„Baczność. Za mną – marsz!”

W nocy z 11 na 12 sierpnia nad północną Polską przeszedł okrutny żywioł. Żywioł, który zniszczył wszystko co stanęło na jego drodze, udowadniając po raz kolejny, że człowiek, mimo posiadania zaawansowanych technologii, nie ma najmniejszych szans w starciu z nieposkromionymi siłami przyrody. Kilka osób zginęło, wiele domostw oraz całych gospodarstw uległo całkowitemu zniszczeniu, zerwane zostały linie przesyłowe, co pozbawiło prądu tysiące ludzi. Jeśli do tej apokaliptycznej wizji dodamy setki tysięcy połamanych drzew, to stworzył się obraz cmentarzyska, który potrafił rozedrzeć każde serce. Nikt nie miał wątpliwości, że należy uruchomić cały aparat państwa, aby przyjść z pomocą wszystkim dotkniętym przez gniew natury.

Jak zwykle w takich przypadkach, pierwszymi niosącymi ratunek byli strażacy – zarówno zawodowi jak i ochotnicy. Ci dzielni ludzie dwoili się i troili ewakuując z miejsc zagrożonych osoby i inwentarz, niosąc pomoc przy zabezpieczaniu zerwanych dachów, udrażniając drogi dojazdowe, na które zwaliły się przydrożne drzewa, czy usuwając zwały gruzu. Wszystkich wykonywanych przez strażaków czynności wyliczyć nie sposób, jednak po krótkim czasie okazało się, że mimo podjętego nadludzkiego wysiłku, siły i środki jakimi dysponują są niewystarczające aby misja odniosła powodzenie. Wtedy któryś z posłów opozycji, zaczął głośno krzyczeć w mediach, że żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej nie przyszli w sukurs tragicznie doświadczonej przez huragan ludności i oskarżył Ministerstwo Obrony Narodowej o brak zaangażowania w działalność na rzecz ofiar kataklizmu. No i oczywiście rozpętała się kolejna polityczna awantura, której pierwszą ofiarą padło wojsko.

Armia, to żywy, złożony i skomplikowany organizm, którego zasady funkcjonowania regulują bardzo precyzyjnie setki przepisów. To właśnie te, opracowane przez polityków ograniczenia powodują, że w Polsce nie ma przewrotów wojskowych, a żołnierze znajdują się tam gdzie ich miejsce, czyli w koszarach i na poligonach. Użycie Sił Zbrojnych przy usuwaniu skutków katastrof i klęsk żywiołowych jest jak najbardziej zgodne z prawem i uzasadnione, ale również szczegółowo obwarowane aktami prawnymi. Trudno zresztą aby było inaczej, gdyż żadna inna instytucja nie dysponuje siłami i środkami, pozwalającymi na zrobienie w kraju praktycznie wszystkiego, co udowodnił Jaruzelski ze swoimi reżimowymi pretorianami, 13 grudnia 1981 roku. Nie wiem, czego od wojska oczekiwali członkowie opozycji totalnej, wiem natomiast, że ludzie w mundurach wywiązali się ze swoich obowiązków najlepiej jak można było w tej sytuacji, wyprzedzając działania administracji samorządowej i państwowej.

Wojewoda pomorski zwrócił się do Ministra Obrony Narodowej z wnioskiem o pomoc, w dniu 14 sierpnia, czyli ponad dwie doby po przejściu żywiołu. Nie jest moją rolą rozstrzygać, czy uczynił to zbyt późno czy też nie, ale wiem, że Rozkaz nr 106 Dowódcy Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych, został skierowany do Wojskowego Zgrupowania Zadaniowego Chojnice jeszcze tego samego dnia. Ponieważ taki twór jak WZZ Chojnice nie funkcjonuje na co dzień w strukturach wojska, staje się jasne, że zostało ono utworzone, zanim organ administracji publicznej zwrócił się do MON o udzielenie pomocy. Konkluzja jest oczywista – ktoś w strukturach resortu obrony przewidział konieczność użycia pododdziałów inżynieryjnych, przekazał odpowiednie wytyczne do Dowództwa Operacyjnego, gdzie bezzwłocznie przystąpiono do wykonania odpowiednich dokumentów rozkazodawczych i wysłania ich do podległych jednostek wojskowych, a te z kolej przedsięwzięły stosowne kroki, pozwalające im na jak najlepszą realizację, postawionych zadań.

Wyobraźmy sobie jak złożone i trudne zadanie postawiono przed Dowódcą Jednostki Wojskowej. 11 sierpnia, w piątek, po godzinie 15.30 koszary opustoszały – zbliżał się długi weekend okraszony Świętem Wojska Polskiego. To najradośniejszy okres dla całej armii, związany z wyróżnieniami, nagrodami, awansami i okresem urlopowym. Żołnierze rozjechali się do swoich domów, często oddalonych o setki kilometrów, aby odpoczywać w gronie rodzinnym. Część pododdziałów przebywała rotacyjnie na urlopach wypoczynkowych, więc sytuacja przypomina okres letni w każdej innej firmie – ktoś kogoś zastępuje i wykonuje całą masę dodatkowych czynności służbowych. Sprzęt, który został wcześniej obsłużony i zakonserwowany, zamknięto w garażach i magazynach, klucze leżą zdeponowane u Dyżurnego Parku Sprzętu Technicznego i hajda do domu, gdzie czeka stęskniona żona, dziewczyna czy… no, w każdym razie ona też czeka i też jest stęskniona. Każdy myśli o nowym układzie choreograficznym, który zaprezentuje w pobliskiej tancbudzie podczas „gorączki sobotniej nocy” oraz o tym, czy piwo kosztuje tyle samo czy zdrożało. Zwyczajne ludzkie sprawy… W koszarach pozostał tylko niezbędny personel nadzorowany przez Oficera Dyżurnego, który przeklina w myślach moment chwilowej utraty czujności, kiedy to dał się wmanewrować w pełnienie służby w tak niekorzystnym czasie… Nadchodzi wieczór. Resztki koszarowego życia zamierają. Ktoś idzie już spać, kolejny ogląda cichutko telewizję i tylko ten wysoki Grzesiek z 1 kompanii saperów, chodzi pod oknami nerwowo z telefonem przy uchu, bo żona miała termin dopiero na koniec września, a tu się okazało, że dostała skurczów, teść musiał zawieźć ją pilnie do szpitala i teraz wszyscy czekają na rozwój wydarzeń. Zwyczajne ludzkie sprawy…

Sobota, 12 sierpnia, poranek. Już wiadomo, że przeszły nawałnice i wszyscy wypatrują niepewnie kolejnych komunikatów. Najbardziej zmartwiony jest Dowódca pułku – ten zdaje sobie najlepiej sprawę z tego, co go czeka: telefon z Dowództwa Operacyjnego z kilkoma pytaniami nie wróżył niczego dobrego – najprawdopodobniej trzeba będzie ruszyć z pomocą. Odżywają w pamięci wydarzenia sprzed dwudziestu lat, kiedy to jako młody dowódca kompanii, zdobywał żołnierskie ostrogi, walcząc z powodzią tysiąclecia. Szybki telefon do Oficera Dyżurnego z najbardziej oklepanym, oczywistym i najgłupszym wojskowym pytaniem na świecie: „Wszystko tam u Ciebie w porządku?”, na które pada najbardziej oklepana, oczywista i najgłupsza wojskowa odpowiedź na świecie: „Jasne Panie Pułkowniku, wszystko w porządku!”. Przecież gdyby coś było nie tak, to bieganina rozpoczęłaby się już dawno temu… Dobra, więc skoro tutaj gra, to dzwonimy po Szefa Sztabu, zobaczyć czy jest na miejscu: „Cześć Krzysiek, jak tam po piątku się czujesz? Jesteś w domu czy wyjechałeś gdzieś?”. Uff… Odpowiedź przynosi ulgę: „Cześć Dowódco, nie, nie wyjechałem, jestem domu. Mieliśmy z Basią jechać dziś do teściów, ale patrzę właśnie w telewizor i widzę, że nic z tego nie będzie, co?” Trzy sekundy pauzy i „niedoszły gość swoich teściów” słyszy: „Nie, Krzychu, nie będzie. Dzwonili z Warszawy już. Ściągaj operacyjnego, logistyka i łącznościowa. Na godzinę 13.30 wszyscy u mnie. Aaaa… Niech też przyjdzie zwiadowca i przygotuje mapy rejonu, oleaty, dermatografy i te… No, wszystko to, czego będziemy potrzebować. Na razie!”. Dobra, sztab mamy załatwiony… Teraz seria telefonów do dowódców batalionów, ci z kolei dzwonią do dowódców poszczególnych kompanii i machina ruszyła.

13 sierpnia, niedzielne przedpołudnie. Robota w sztabie wre na całego. Szef sekcji operacyjnej kłóci się właśnie z logistykiem, który powiedział, że czegoś tam „nie da rady zabezpieczyć”. Rozpoznawczy, pochylony nisko nad mapą, studiuje sieć dróg w rejonie zniszczeń. Najważniejsze do ustalenia: czy nawierzchnia jest bitumiczna, o jakiej szerokości, czy mosty i przepusty będą w stanie unieść ważącą prawie 19 ton spycharko – ładowarkę? Czy kilkudziesięciotonowe ciężarówki wypełnione po brzegi wodą pitną dotrą na samo miejsce, czy trzeba będzie przeładowywać na mniejsze pojazdy? Gdzie ten „pasibrzuch” logistyk znów polazł? Skąd ja mam wiedzieć, ile tej wody i paliwa będzie mu tam potrzebne, co? Kierowcy wyprowadzają sprzęt z garaży i ustawiają w kolumnę marszową. To żadna nowość dla nich – ćwiczą te elementy każdego miesiąca, w ramach Dnia Gotowości Bojowej, więc są wytrenowani. Komendy, okrzyki, czasem jakieś przekleństwo – zwykły koszarowy rejwach. Właśnie jakaś niezguła skaleczyła rękę i teraz pyta o sanitariusza tonem tak poważnym, jakby miał zaraz zejść z tego padołu łez. No dobra, wreszcie przyszedł ten rudy paramedyk, zawiązał mu skaleczone łapsko bandażem, rzucił pod nosem nieodzowne: „Uważaj następnym razem” i znów skrył się w przepastnych czeluściach ambulatorium, aby wyżłopać w spokoju kolejne kawsko. Wieczór przyniósł upragniony spokój. Kolumny wyciągnięte, pojazdy regulacji ruchu na czele, sprzęt zatankowany, sprawdzony, racje żywnościowe wydane, instruktaże udzielone. Można iść spać!

Poniedziałkowy świt, 14 sierpnia. Kucharze wloką się na kuchnię przygotować posiłek, dla dziesiątków śpiących jeszcze żołnierzy. Dziś kiełbasa z wody, serek topiony, pomidor i herbata. Nie wiadomo co z obiadem, bo kierownik stołówki też nic nie wie. Zobaczymy. Zaczyna się powolny ruch. Wszyscy ciągną do najważniejszego miejsca w każdej jednostce, czyli na stołówkę. Po śniadaniu poranne apele, kolejne sprawdzenie obecności, dokumentów, załatwienie jakiś bieżących spraw i oczekiwanie na rozkaz do wymarszu. Przez okno widać jak dowódca kompanii szybkim krokiem udaje się do budynku sztabu, po czym wraca stamtąd biegiem. Za chwilę po korytarzu niesie okrzyk: „Zbióórrrkaaa”… Każdy chwyta zasobnik i biegnie w wyznaczone miejsce. Kierowcy już grzeją silniki, technik kompanii w sposób bardzo stanowczy opowiada jednemu z nich, co o nim myśli, ale ponieważ jest przed godziną 23.00 więc jego słów nie będziemy tutaj przytaczać. Wreszcie Honker z plutonu regulacji ruchu włącza pomarańczowe światła na dachu, rusza jako pierwszy i długi wąż pojazdów zaczyna cierpliwie pełznąć do wyznaczonego rejonu. Nikt nie wie kiedy wrócą, jaka jest sytuacja na miejscu, gdzie będą spać. Niby szef kompanii coś tam mówił, że zakwaterowanie będzie w oparciu o szkolną halę sportową, ale ci z plutonu zaopatrzenia, na wszelki wypadek, wzięli namioty, bo rozmiary kataklizmu przerosły największe obawy. Dowódca pułku siedzi w swoim gabinecie sam. Przywykł już do tego – w najtrudniejszych chwilach dowódca zawsze zostaje sam. System meldunkowy zorganizowany, zabezpieczenie logistyczne hula, dowodzący przegrupowaniem oficer, to doświadczony weteran z Afganistanu, więc wszystko będzie dobrze… Musi być dobrze… Żeby tylko nie zawiodło żołnierskie szczęście… Żeby nie doszło do jakiegoś wypadku komunikacyjnego po drodze, żeby nie było rannych, uszkodzeń sprzętu. W telewizji i radio wciąż bębnią, że wojsko nie pomaga… Jeśli teraz coś się dodatkowo stanie, to jazgot się nasili… Samotność dowódcy modli się żarliwie o żołnierskie szczęście. Dzwoni komórka. Zielony przycisk i ze słuchawki przystawionej do głowy płynie spokojny komunikat od dowodzącego zgrupowaniem Chojnice podpułkownika: „Dowódco, jestem na miejscu. Rejon osiągnięty. Przegrupowanie bez uwag. Ludzie i sprzęt w jak najlepszym porządku. Przystępuję do wykonania postawionych zadań. Pozostałe meldunki będę składał do Dyżurnej Służby Operacyjnej. Dobra, to ja lecę do roboty, a Dowódca niech się trzyma. Czołem!”. Sygnał w słuchawce… Ulga, radość i pierwsza buńczuczna myśl – przecież od początku było wiadomo, że wszystko pójdzie dobrze. W końcu to ja dowodzę…

Do napisania niniejszego tekstu zmusiła mnie sytuacja wokół armii, jaką wytworzyli politycy opozycji w mediach, po przejściu nawałnicy. Jest on skierowany do osób, które nie znają realiów wojskowego życia, bo tym którzy je znają, niczego tłumaczyć nie muszę. Jego beletrystyczna forma bierze się konieczności przyciągnięcia i zaciekawienia potencjalnego czytelnika. Nie wiem jak nazywa się dowódca pułku. Nie wiem też, czy Chłop był w tym czasie w jednostce, czy może urlopował gdzieś na Chorwacji a dowodził jego zastępca. To nie ma najmniejszego znaczenia. Przesłaniem jakie towarzyszyło mi, podczas pisania tego artykułu, był brak zgody na obwinianie Armii o jakiekolwiek zaniedbania podczas akcji ratowniczej w Rytlu. Nie mogę przejść obojętnie obok sytuacji, gdzie jakiś niedouczony polityk mądrzy się do kamer o rzeczach, o których nie ma najmniejszego pojęcia, a ostatni kontakt z wojskiem miał na pikniku militarnym, kiedy to nażarł się za darmo grochówki serwowanej z kuchni polowej, po czym odstawił miskę, wytarł gębę wierzchem dłoni, beknął i poszedł sobie, nawet nie podziękowawszy. Jak wyglądają błędne i wystraszone oczy Pomaski, stojącej bezradnie przy zakopanym po osie samochodzie, którym przyjechała się lansować, w zestawieniu ze spokojnym wzrokiem podpułkownika dowodzącego całością prac? Przepaść… Dlatego wszystkim tym, którzy sądzą, iż zrobiliby to lepiej chcę powiedzieć, że dowodzenie wcale nie polega na wydaniu komendy: „Baczność. Za mną – marsz!”.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 21 sierpnia 2017 r.