Select Page

Bankructwo pedagogiki wstydu

Bankructwo pedagogiki wstydu

Pamiętam rok 1989. Miałem wtedy co prawda 12 lat i moja świadomość polityczna była – szczerze mówiąc – żadna, ale pamiętam atmosferę. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie wisiało w powietrzu takie patriotyczne uniesienie, taka wiara i nadzieja – tym po prostu się oddychało. Być może moje wspomnienie wypaczone jest perspektywą domu, gdzie matka była zaangażowaną działaczką Solidarności. Ale mam wrażenie, że był to stan dość powszechny.

Niestety bardzo szybko nowe elity ponoć wolnej Polski zdefiniowały zagrożenia, z którymi postanowiły walczyć i bynajmniej nie było to wyczyszczenie kraju z pozostałości komunistycznych układów, oczyszczenie lustracyjne i dekomunizacyjne – a „budzący się demon polskiego nacjonalizmu”. Naczelny intelektualista, guru salonu – Adam Michnik ogłosił nowego wroga i stworzono całą machinę zwalczania wszystkiego co mogłoby budzić, pozwolić odbudować polską dumę narodową. Oczywiście nierozerwalnie z patriotyzmem szedł katolicyzm, zgodnie z hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna” i ten także, w jego tradycyjnej formie, należało zwalczyć. Tu można było (wciąż taka próba trwa) zaproponować katolicyzm liberalny, stylu zachodniego – istny postkatolicyzm.

Jednym z bardzo mocnych narzędzi walki z nowymi/starymi demonami narodowo – katolickiego zagrożenia była (czas przeszły dokonany, o czym później) pedagogika wstydu. To budowa, na różnych płaszczyznach, poczucia wstydu z bycia Polakiem, poczucia niższości wobec oświeconego Zachodu, poczucia bycia gorszym. Wpajano nam to na wszystkich możliwych poziomach: historii, kultury, relacji społecznych i – co niezwykle istotne – relacji gospodarczych. To, ciągle przecież żywe wśród polityczno – medialnej „elity”: „co powiedzą, napiszą na Zachodzie” – i koronny argument – napisali źle, jaki wstyd. Nieprzypadkowo także lata dziewięćdziesiąte i pierwsza dekada nowego millenium to wyciąganie z naszej historii niechlubnych epizodów (a mamy ich naprawdę mało w porównaniu z oświeconym Zachodem) i podnoszenie ich rangi do reguły. Brak stanowczej reakcji na oczywiste kłamstwa historyczne szkalujące dobre imię Polski i nagradzanie, promowanie historyków tendencyjnie nieprzychylnych nam – Polakom. Jednocześnie zupełnie haniebna zmowa milczenia na temat tych, którzy w końcu powinni być „odkopani” w przenośni i dosłownie. W polskich mediach bez najmniejszego zażenowania pojawiały się teksty pogardliwie traktujące Polaków, sugerujące, że polskość sama w sobie to rodzaj choroby, z której trzeba koniecznie się leczyć, aplikując jak największe dawki „europeizacji”. Więcej: urzędujący premier kraju – Donald Tusk – mówi zupełnie otwarcie: „polskość to nienormalność” i nie dzieje się zupełnie nic. W każdym innym kraju po takiej wypowiedzi nastąpiłaby istna apokalipsa – u nas był to normalny element dyskursu. Wreszcie aspekt ekonomiczny: wmówienie nam, że możemy być wynagradzani przez zachodnie koncerny jak niewolnicy, że prawo pracy i godność zatrudnionych może mieć u nas dużo niższe standardy niż na świecie, że głupio jest pytać dlaczego sieć sklepów płaci w Zgorzelcu pracownikom 1/5 tego co 500 metrów dalej w Gorlitz, przy zbliżonych cenach sprzedawanych towarów. To wreszcie ostatnia dyskusja o wolnych niedzielach dla tych pracowników handlu, których niedzielne usługi nie są koniecznością. I żenujący w tym zakresie argument, że nie jesteśmy Niemcami, żeby móc takie przepisy wprowadzać.

Na szczęście dziś już widać wyraźnie, że cała ta operacja zakończyła fiaskiem. Może nawet, przez bezczelność i nachalność z jaką była prowadzona, przynosi przeciwne skutki. Trzy największe dobrowolne zgromadzenia ludzi (przeważnie młodych) w tym roku to pogrzeb Łupaszki, pogrzeb Inki i Zagończyka oraz Marsz Niepodległości – najczarniejszy sen twórców pedagogiki wstydu – czysty wybuch szczerego patriotyzmu, dumy narodowej, do tego w wyraźnym kontekście katolickich wartości. Tak drodzy państwo, przegraliście wojnę o rząd dusz w tym zakresie. Dziś, żeby przetrwać na polityczno – medialnej powierzchni, sami – choć z obrzydzeniem – musicie podnieść polską flagę i portret Romana Dmowskiego. Nie da się tego zastąpić żadnymi czekoladowymi orłami, różowymi balonikami ani unijną flagą. Choć ostatnie bastiony jeszcze się zabarykadowały i walczą piórem redaktora Wrońskiego czy profesora Króla, jasne jest, że budzą dziś raczej uśmiech politowania niż stanowią część realnego opisu rzeczywistości.

Ważne by teraz tego powiewu nowej fali patriotyzmu, nadziei wielu młodych, nie zmarnować jak wtedy, w 1989 roku. Ale najważniejsze, żeby nie pozwolić elitom władzy tych ludzi oszukać lub cynicznie wykorzystać ich entuzjazmu, co poprzednio się udało. Bo czasy są takie, że jeśli tym razem dopuścimy do zmarnowania tego potencjału – kolejnej szansy może nie być.

O autorze

Krzysztof Sietczyński

Katolik. Mąż. Ojciec. Polak.