Select Page

„Duch opiekuńczy”

„Duch opiekuńczy”

Życie Indian Wielkich Równin, w tym również Oglala Lakota, było przepełnione głęboką religijnością i mistycyzmem. Otaczający ich naturalny świat, którego zjawisk nie potrafili wytłumaczyć w sposób naukowy powodował, że wiele rzeczy kładli na karb działań istot nadprzyrodzonych. Charakteryzowała ich wiara w duchy przyrody i duchy zmarłych. Otaczali wielką czcią zwierzynę – każdorazowo, po udanym polowaniu, przepraszali zabite zwierzę za zadanie mu śmierci. Wierzyli, że jeśli nie dopełnią tego obowiązku, to szczęście odwróci się od nich i kolejne łowy zakończą się fiaskiem, a to oznaczało głód dla całego plemienia i w jego rezultacie, nieuchronną śmierć. Każdy wojownik, przed podjęciem kluczowej dla jego życia decyzji, oddalał się od wioski w miejsce odosobnienia, aby tam poddawać swoje ciało umartwianiu. Spędzał samotnie w ukryciu kilka dni, poszcząc, modląc się i dokonując aktów samookaleczenia. Wywoływał w ten sposób wizje, podczas których pojawiał się jego Duch Opiekuńczy i wskazywał mu najwłaściwszą drogę postępowania. Gdy Oglala wiedział już co robić, wracał do swojego tipi, opatrywał rany, odpoczywał i najadał się do syta. Takie oczyszczenie, zarówno duchowe jak i cielesne, było całkowicie dobrowolne i płynęło jedynie z potrzeb wewnętrznych.

Pamiętam czas, gdy poprzez moje własne potrzeby „duchowego oczyszczenia”, permanentnie przychodziłem do biura spóźniony i to minimum cztery razy w tygodniu. Środy były jedynym dniem, kiedy siedziałem za biurkiem w pełnej gotowości już o 08.00. Nie, nie dlatego, że jestem śpiochem i wstawałem zbyt późno. Nie była to również wina korków, ponieważ droga do pracy, łącznie z zakupieniem bułek, zajmowała mi 8 minut. Powód był całkowicie inny. Otóż, każdego poranka o godzinie 07.50, w Telewizji Republika, rozpoczynał się program „Chłodnym Okiem”, który był moim obowiązkowym punktem każdego dnia. Do dziś, na jasnej sofie, mam plamę po kawie, rozlanej podczas wybuchu śmiechu, gdy któryś z redaktorów zespołu Gociek, Ziemkiewicz czy Gmyz, szydzili z dyrdymałów wypisywanych przez Gazetę Wyborczą, Fakt lub Newsweeka. Największy kryzys przechodziłem w godzinach 08.50 – 09.00, ponieważ wiedziałem, że trwa część druga programu, a ja muszę siedzieć murem w firmie. Potem powrót do domowych pieleszy, dzikie rżenie podczas „Blogosfery” i wyczekiwanie momentu, kiedy na You Tube pojawi się druga część „Chłodnego Oka”. Jakże ten „republikański świat” był inny, od nachalnej, propagandowej papki, serwowanej przez Kajdanowicza, Płuskę, Dobrosz – Oracz czy Tadlę. Oczywiście, TV Republika była nieosiągalna w podstawowym pakiecie telewizji kablowej, więc należało dodatkowo zapłacić za możliwość jej oglądania, ale wiem, że warto było.

Po wygranej, w październiku 2015 roku, elekcji sądziłem, że obóz zwycięski będzie dopieszczał swoją „perełkę”. Byłem pewien, iż audycje robione sposobem chałupniczym odejdą do lamusa, zastąpione przez profesjonalny przekaz a sygnał będzie dostępny na multipleksie. Ku memu wielkiemu zdziwieniu i rozczarowaniu nic takiego nie następowało. Ba, z niepokojem zacząłem obserwować zjazd stacji po równi pochyłej. Trzon najlepszych dziennikarzy odszedł do mediów publicznych, a ich młodzi następcy nie mieli się już zwyczajnie od kogo uczyć rzemiosła. Skruszony posypuję głowę popiołem, uderzam w pierś i szepczę pokornie „mea culpa”, bo sam zarzuciłem Cezaremu Gmyzowi „zdradę ideałów”, gdy doszła mnie wieść, że wyjeżdża na placówkę do Niemiec. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że cały dotychczasowy personel telewizji publicznej jest do natychmiastowej wymiany. Panie Cezary, proszę z tego miejsca przyjąć moje oficjalne przeprosiny. Po odejściu Redaktorów Rachonia i Goćka, włączałem Republikę już tylko w piątki, aby posłuchać oratorskich popisów Rafała Ziemkiewicza, z lubością pastwiącego się nad tekstami zawartymi w Gazecie Wyborczej i samym Adamem Michnikiem. Zaczęło mi przeszkadzać w niej już dosłownie wszystko – od wielogodzinnych reklam, wciskających widzowi na siłę elektryczne majtki lub pieluchy podwodne o napędzie atomowym, po przaśny obraz ze zdezelowanych kamer. Rozpaczliwe wysiłki personelu, starającego się utrzymać na powierzchni ten tonący okręt, nie na wiele się zdawały. Zacząłem się więc bacznie przyglądać działalności osób, które mogłyby zaradzić takiemu stanowi rzeczy

O Panu Profesorze Piotrze Glińskim usłyszałem po raz pierwszy zimą 2013 roku, gdy galaktykę obiegła wiadomość, iż Jarosław Kaczyński ma kandydata na „premiera technicznego”. 7 marca 2013 miałem okazję go zobaczyć, podczas słynnego przedstawienia w Sejmie, kiedy to Prezes PiS, wniósł na mównicę sejmową swój tablet, z którego przemówił Pan Profesor. Całe zajście bardzo mnie zdziwiło i lekko zszokowało, no ale skoro „premier techniczny”, to wiadomo, że technika musi być. Naturalną rzeczą był więc start Piotra Glińskiego w wyborach parlamentarnych 2015, a także jego późniejsze objęcie urzędów wicepremiera oraz ministra kultury i dziedzictwa narodowego. Pan Wicepremier robił na mnie jak najlepsze wrażenie. Dystyngowany, szpakowaty mężczyzna o nienagannej sylwetce, prezentował się przednio w swoich doskonale skrojonych garniturach i najwyższej jakości koszulach, okraszonych świetnymi krawatami i spinkami do mankietów. Magii jego osobie dodawały spokojny głos i oszczędna gestykulacja. Nie ukrywam, że śmiało wyobrażałem go sobie w dziewiętnastowiecznym, osnutym londyńska mgłą, klubie dżentelmena, pijącego wino z kryształowego kieliszka, dyskretnie poprawiającego na palcu niesforny, rodowy sygnet i prowadzącego zajmujące rozmowy z Doktorem Watsonem lub Phileasem Foggiem. Jakby tego było mało, Pan Profesor pokazał lwi pazur w telewizyjnym studio, kiedy to w jednym z wywiadów, w sposób zdecydowany i stanowczy, przeciwstawił się manipulacyjnym zapędom Redaktor Karoliny Lewickiej. No, angielski dżentelmen w każdym calu, którego dodatkowo zahartowała służba w Indiach Brytyjskich i czynny udział w obydwu Wojnach Burskich. Ponieważ o kulturze większego pojęcia nie mam, byłem pewien, iż spoglądanie z niepokojem w kierunku tego resortu jest zbędne, gdyż pod wodzą tak znamienitego fachowca musi się tam dziać tylko bardzo dobrze.

W powyższym przekonaniu utwierdziła mnie wiadomość, że Poseł Joanna Lichocka będzie działać w składzie Rady Mediów Narodowych. Kto jak kto, ale ta twarda kobieta, która bez większego problemu panowała nad niesfornym tłumem w Klubie Ronina, da sobie w niej radę wyśmienicie. Puściłem nawet w niepamięć jej nachalne lobbowanie za podwyższeniem gaży posłom, latem 2016 roku. Cóż, każdemu zdarza się słabszy okres i każdy ma prawo do popełniania, mniejszych lub większych, błędów. Problem z Panią Poseł polegał jednak na tym, że jej błędy pojawiały się co kilka dni i w grupach nie mniejszych, niż kilkadziesiąt sztuk jednocześnie. Tuż po kompromitacji z próbą przeforsowania podwyżek dla parlamentarzystów gruchnęła wieść, iż zabrano jej prawo jazdy za przekroczenie prędkości. Dobra, tutaj tez można odpuścić, bo nie znam nikogo, kto byłby wolny od podobnego grzechu. Jednak Joanna Lichocka, zamiast podkulić ogon pod siebie i wyrazić skruchę, owszem złożyła samokrytykę, ale głównie skupiła się na chłostaniu, przez wpisy na fejsbuku, zarządcy drogi, który śmiał ograniczyć prędkość na odcinku, którym porusza się Markiza de Lichocka. Cóż, chciałoby się rzec „dura lex sed lex”, ale Pani Poseł reaguje w sposób wręcz histeryczny na jakąkolwiek próbę polemiki, czy zwrócenia jej uwagi. Dodatkowo apodyktyczny i dominujący charakter oraz narzucanie własnego zdania za wszelką cenę, bardzo zniechęcają interlokutorów do jej osoby. Pamiętam nagranie w Gazecie Wyborczej ze spotkania środowiskowego z jej udziałem. Z nieznanych mi przyczyn, Pani Joanna skupiła się jedynie na obronie głupawego występu Bartłomieja Misiewicza, gdzieś w białostockiej tancbudzie. Pomijając fakt, że tego obronić się nie dało, to argumentacja Lichockiej Joanny, że „Misiewicz młody jest i potrzebuje się zabawić” powaliła moją delikatną psychikę na kolana. Pani Poseł Joanno Lichocka, jeśli Misiewicz Bartłomiej jest młody i potrzebuje się wyszumieć, to niech idzie do roboty na budowę nosić cegły i wtedy dopiero hula do woli. Będzie to miało korzyść podwójną – ruch i wysiłek fizyczny pomogą mu uczynić sylwetkę bardziej smukłą, co jest wskazane i może wreszcie uzupełni wykształcenie, co w jego dalszym rozwoju zawodowym jest niezbędne. Nie muszę chyba dodawać, że Joanna Lichocka brała czynny udział w wypracowaniu decyzji o obłożeniu społeczeństwa abonamentem radiowo – telewizyjnym, jak plotka niosła, w kwocie jedynych trzydziestu złociszy, która to decyzja wydatnie przyczyniłaby się do przerżnięcia przez PiS wyborów w 2019 roku.

Pomysł uszczęśliwienia mnie daniną za możliwość oglądania serialu „Klan” i setnej już powtórki milicyjnej sagi z okresu mojego dzieciństwa – „07 głos się”, był forsowany przez Ministra Glińskiego, który bardzo chętnie mówił o nim na antenie radiowej i telewizyjnej. Tyle tylko, że spiżowy pomnik Pana Profesora już dawno legł w gruzach. Przyczynił się do niego on sam, jednego dnia przepraszając pokornie Panie Rzeplińską i Komorowską, za to, iż ktokolwiek śmiał skrytykować ich niezbywalne prawo do obrastania w „fundacyjne sadło” – oczywiście działalność w fundacji Pani Renaty Koźlickiej – Glińskiej nie ma z tym nic wspólnego – aby w dniu następnym, zarzucić szaleństwo i kompromitację Michałowi Adamczykowi, który w wieczornym programie zadał Panu Profesorowi pytanie z serii niewygodnych. Abonament wywołał wielkie społeczne poruszenie. 19 stycznia, na portalu Telewizji Republika, ukazał się tekst Leszka Sosnowskiego zatytułowany „Miliony ludzi płacą na telewizję publiczną, lecz pieniądze nie trafiają do państwa”, w którym wskazuje źródła finansowania mediów publicznych, poprzez nałożenie i egzekwowanie opłat, od telewizji kablowych i cyfrowych platform satelitarnych. Autor wylicza, że takie posunięcie umożliwiłoby mediom narodowym płynne działanie, bez troski o pieniądze. Specjalistą w tej dziedzinie również nie jestem, ale nie słyszałem, aby ktokolwiek pochylił się nad tym pomysłem, więc domyślam się, iż znów ciśnięty będzie Kowalski z Nowakiem, bo im łatwiej dokopać, niż dysponującym pierwszorzędnymi kancelariami prawniczymi, potentatom medialnym, którzy występują przeciwko rządowi oficjalnie i każdego dnia, napotykając opór jedynie w TVP Info czy „Wiadomościach”.

Informacyjna hegemonia TVN 24 i Polsat News jest niezaprzeczalna. Nikt nie jest w stanie im się przeciwstawić, bo nikt nie dysponuje wystarczającymi siłami i środkami do przeprowadzenia takiej operacji. Nie ukrywam, że bardzo liczyłem w tej materii na działania Republiki, ale ta, dysponując jedynie dwoma greenboxami, słabym sprzętem i młodą, niedoświadczoną kadrą, nie jest w stanie takiemu zadaniu sprostać. Problem mogą rozwiązać pieniądze, które przyciągną dziennikarskie tuzy, możliwość odbioru stacji na antenie siatkowej oraz atrakcyjna, wielopłaszczyznowa oferta programowa. Jeśli ktoś zechce argumentować, że państwo nie powinno łożyć na media prywatne, to proponuję aby, w ramach dostępu do informacji publicznej, zdał pytanie, ile polskiego podatnika kosztowało utrzymanie Gazety Wyborczej przez ostatnie pięć lat? Sądzę, że kwota jest powalająca. Bezpardonowa wojna o władzę, a taką mamy aktualnie w Polsce, rozgrywa się głównie w przestrzeni medialnej. Na tej wojnie nikt nie bierze jeńców, więc nie może być miejsca na sentymenty. Przeciwnik jest sprawny, bezwzględny, dobrze wyekwipowany i zaprawiony w bojach. Należy dać mu kontrę z taką samą lub większą jeszcze siłą i w sposób równie bezwzględny. Dziennikarze „Wiadomości” i TVP Info robią co mogą, dzięki czemu dosłużyli się już u strony przeciwnej tytułów „funkcjonariuszy i strażników reżimu”, ale ich możliwości są ograniczone, poprzez obwarowania, jakie nakłada na nich praca w mediach publicznych. Pozostaje więc nadzieja, że ktoś zechce uczynić z Telewizji Republika „Ducha opiekuńczego” dla społeczeństwa, które jest manipulowane każdego dnia, ale w mojej ocenie, ani Profesor Piotr Gliński, ani Poseł Joanna Lichocka, tak skomplikowanego i złożonego przedsięwzięcia nie są w stanie wykonać. Może więc powoli nadchodzi czas na jesienne zmiany w rządzie?

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 10 sierpnia 2017 r.

O autorze

Tȟašúŋke Witkó

[email protected]

Zostaw Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kategorie

Śledź nas

Napisz do nas

[email protected]