Select Page

„Im gorzej u nich, tym lepiej dla nas”

„Im gorzej u nich, tym lepiej dla nas”

O zamachu w Barcelonie prawie nikt już dziś nie pamięta. Dusze kilkunastu zabitych osób zasiliły niebiańskie łąki i policyjne statystyki, ponad stu rannych pewnie wciąż jęczy z bólu w hiszpańskich szpitalach, żebrząc w kilku językach o środki przeciwbólowe, u zabieganych pielęgniarek. Eksperci od terroryzmu wypowiedzieli się kilkanaście, no może kilkadziesiąt razy, i teraz byli na antenach wiodących stacji tylko piętnaście minut krócej niż eksperci od antyterroryzmu. Hiszpański król, ramię w ramię z hiszpańską królową, odwiedzili w lecznicach poszkodowanych, oczywiście w towarzystwie obiektywów, co pozwoliło zapełnić chwytliwymi fotografiami pierwsze i drugie strony hiszpańskich dzienników oraz tygodników. Lekko już tylko rozdarło serca zdjęcie, leżącego na deptaku La Rambla dzieciaczka, który w tym zamachu zginął lub został ciężko ranny. I tyle… Koniec… Nie ma już tematu Barcelony, pomimo wakacyjnej posuchy medialnej. Od pamiętnego czwartku 17 sierpnia, minęło dni kilkanaście i żywe wciąż wspomnienie błękitnych, morskich, wakacyjnych fal, wypłukało z ludzkich mózgów obraz czerwonej, ludzkiej krwi, spływającej wolno po trotuarze. Meandry ubezpieczeń zdrowotnych jakie obowiązują na Półwyspie Iberyjskim są mi całkowicie obce, ale jak znam życie, to kilka rodzin wydzwania teraz do banków z zapytaniem o warunki kredytu, który muszą zaciągnąć, aby pokryć koszty leczenia. Niestety z tym problemem będą już musiały poradzić sobie same, bo rola naczelnych, europejskich polityków zakończyła się w momencie „wklepania” kolejnych, głupawych formułek współczucia na społecznościowy portal lub wygłoszenia ich przed kamerą.

„Łączącym się w bólu” z ofiarami zamachów był również Niemiec, Pan Martin Schultz. W swoim „szorstkim języku” wygłosił kilka ogólnikowych fraz w taki sposób, że zrobiło mi się nieswojo. Jego wyraz twarzy, tembr głosu i ekspresja spowodowały, iż zacząłem rozumieć, jak w latach dwudziestych ubiegłego stulecia, wyglądały pogawędki w bawarskiej piwiarni Hofbräuhaus. Jednak to nie Pan Schultz był głównym aktorem owego przedstawienia. Uwagę widzów przykuła stojąca za jego plecami kobieta o aparycji pewnego sympatycznego zwierzątka z Muppet Show, noszącego dźwięczne imię Piggy. Otóż dama ta, partyjna koleżanka Schultza i oddana działaczka SPD – Pani Eva Högl, bawiła się wyśmienicie witając kolejnych kolegów i znajomych. Rozpromieniona i uśmiechnięta, energicznie komenderowała akolitami Pana Martina, zmieniając ich ustawienie w obiektywie kamery z poziomu „bardzo dobry” na „doskonały”. Już teraz mniej więcej wiem, jaki duch panował w żeńskiej części reprezentacji olimpijskiej dawnego NRD. Uświadomiłem sobie dodatkowo poziom degrengolady moralnej niemieckich, a co za tym idzie, również europejskich elit rządzących. Kim trzeba być i co czuć, aby kilkadziesiąt godzin po zamachu tak się zachowywać w miejscu publicznym, samemu będąc osobą publiczną? Pójdźmy dalej – co ci ludzie mówią i jak się sprawują w zaciszu własnych gabinetów, skoro na zewnątrz reprezentują taką postawę? Porównajcie teraz sobie postawę tej rozpromienionej, teutońskiej, zdegenerowanej kobieciny z umęczoną twarzą Premier Szydło. Przepaść…

Jest wiele wniosków, jakie po zamachu w Barcelonie, powinien wyciągnąć polski Rząd. Wiodący, oczywisty, najbardziej oklepany i przenicowany na wszystkie strony jest taki, że wojnę z islamskim terroryzmem Europa przegrywa na wszystkich frontach. Kolejne zapowiedzi „wzmocnienia czegoś tam” lub „nasilenia działań gdzieś tam”, nie robią już na nikim żadnego wrażenia. Wciąż giną ludzie, zabijani na dziesiątki sposobów przez wyznawców Allaha. Nie, nie dołączę tutaj do zgodnego chóru współczujących i nie wygłoszę kolejnej, długiej, nudnej tyrady o tym, jak bardzo cierpią europejskie wartości. Nie cierpią bowiem żadne europejskie wartości z prozaicznego powodu – ich zwyczajnie nie ma. No, chyba, że ta szwabska, rozchichotana kretynka jest ich nośnikiem? Może europejskie wartości przekazuje Tusk Donald, kolejnym wpisem na portalu Twitter, gdzie zmienia już tylko nazwy miast, w których zamachy miały miejsce? Jeśli tak, to ja te wartości zdecydowanie odrzucam a na poprawę nastroju zjem tłustego schabowego z kapustą, zamiast „europejskiego” tofu, po którym będę jeszcze bardziej głodny. Musimy zostawić, taką a nie inną, Europę samą sobie. Musimy zgodzić się na Europę dwóch prędkości i to bez żalu z naszej strony. Litowanie się nad nią i współczucie nic nie da, a jedynie pogorszy złą kondycję „pacjenta”. Sytuacja przypomina leczenie narkomana lub alkoholika – chory musi osiągnąć samo dno, aby się od niego odbić. Widocznie społeczności europejskie, systematycznie odurzane przez swych liderów bełkotem „politpoprawności”, swojego dna jeszcze nie osiągnęły, skoro ktoś taki jak Emmanuel Macron kokosi się wygodnie na francuskim stolcu prezydenckim i uzurpuje sobie prawo do wygłaszania pouczających fraz, skierowanych do państw Europy Środkowej i Południowej. Ja jednak jestem cierpliwy. Pamiętam bowiem, jeszcze ze studiów, że każdy uzależniony ma swoje dno w innym miejscu, więc Pan Emmanuel widocznie do tego własnego jeszcze nie dotarł. Na chwilę obecną „Piotruś Pan”, to znaczy „Emmanuel Pan”, jest oceniany negatywnie przez jedyne sześćdziesiąt i dwa procent społeczeństwa, ale wciąż wystarczają mu fundusze, przywołane kiedyś buńczucznie, przez pewnego miłośnika jednośladów, gardzącego zasadami.

Zasady, które tak obśmiał „skuterkowy błazen”, kończący swoją prezydencką kadencję z czteroprocentowym poparciem, obowiązują wszędzie, nawet w stadzie dzikich lwów, żyjących na afrykańskiej równinie Serengeti. Tam naczelną jest zasada: „jesz, albo jesteś jedzonym”. Obowiązuje dodatkowo bardzo szczegółowy podział ról. Polują samice, ale to dominujące samce najadają się do syta jako pierwsze. Resztą pokarmu posilają się wspomniane samice i ich młode. Jednak w chwili zagrożenia, to samce walczą w obronie stada i są odpowiedzialne za zapewnienie mu bezpieczeństwa. Każdy zna swoje miejsce w grupie i nikt nie protestuje. Bardzo podobna sytuacja była do tej pory w Europie. „Postkomunistyczne lwice”, takie jak Polska, Węgry czy Słowacja, dzielnie „polowały” harując w Auchanach, Lidlach i Rossmannach, a niemieckie, włoskie czy francuskie „samce”, leżały spokojnie, delektując się swoim trzydziestokilkugodzinnym tygodniem pracy. Długie leżenie doprowadziło do atrofii mięśni a spożywanie w nadmiarze dostarczanego pokarmu, spowodowało gwałtowny przyrost tkanki tłuszczowej. Lwy stały się ociężałe, gnuśne i niezdolne do walki. Dodatkowo zaatakowały je krwiożercze hieny, które doskakując raz po raz, zaczęły zadawać im coraz częściej głębokie rany. Samice, szybko zorientowawszy się, że aby przetrwać, muszą wziąć sprawy w swoje ręce, zaczęły zdobyty pokarm pozostawiać sobie. Uszczelnienie systemu fiskalnego, czy rozbijanie „vatowskich karuzel” spowodowało gwałtowne wysychanie strumienia pieniędzy transferowanych na Zachód, wzbudzając wielki gniew osłabionych i krwawiących samców, które rycząc gniewnie i machając unijnym ogonem, próbują jeszcze dyscyplinować niesforne lwice. Tyle tylko, że ryk i gniew nie budzą większego respektu, bo finalnie okazało się, że nie są już zdolne zapewnić bezpieczeństwa samym sobie, nie mówiąc nawet, o podjęciu jakiekolwiek akcji ofensywnej.

Ponieważ przyroda próżni nie znosi, czas na ofensywę z naszej strony. Musi być to jednoczesna ofensywa dyplomatyczna, ekonomiczna i społeczna, przeprowadzona po starannym planowaniu i przygotowaniu. Nie będzie ona sprawą prostą, ponieważ najprawdopodobniej, znów będziemy walczyć osamotnieni. Przestrzegam przed zbytnią wiarą w sojusz z Węgrami, bowiem kultowe głosowanie „27:1” pokazało dobitnie, że cwany Madziar, Viktor Mihály Orbán, zrobi jedynie to, co będzie korzystne dla Węgier i oczywiście nie mamy prawa potępiać go za takie działania. Elekcja w sprawie ponownej kadencji Tuska dała jasny sygnał, że Unia – czytaj Merkel – wciąż potrafi mocno oddziaływać na „ex-demoludy”. Dlatego, wbrew pozorom, setki tysięcy afrykańskich i azjatyckich byczków, demolujących systematycznie zachodnie miasta, są naszymi sprzymierzeńcami. Absorbują potężne środki finansowe, siły policyjne, wojsko i administrację państwową. To trwa już prawie cztery lata i nawet jeśli obecnie się nie nasila, to na pewno nie słabnie. Zastraszone społeczeństwa, ludzie bojący się wyjść do sklepu po chleb, zmęczeni policjanci i żołnierze, w których narasta wewnętrzny bunt i frustracja – wszystkie elementy działają na naszą korzyść. A będzie jeszcze gorzej. Ani poszczególne rządy, ani osławiona Komisja Europejska, nie wypracowały nawet zalążka idei, jak powstałemu problemowi zaradzić. Z jakiego powodu? Z bardzo prostego – nie są w stanie sprostać intelektualnie takiemu wyzwaniu. No bo kto ma to zrobić niby? Zespół złożony ze „swoich fachowców” takich jak Koziej i Dziewulski, pod przewodnictwem wiecznie skacowanego lub pijanego Junckera, wściekłego Timmermansa, który ma widoczne problemy osobowościowe i ego wielkości piramidy Cheopsa, rozbeczanej, włoskiej histeryczki Mogherini, która niczym nie różni się od naszej rodzimej Joli Rutowicz, czy wreszcie beznadziejnego językowo, zaszczutego, z widocznym szczękościskiem na tle nerwowym, Tuska, w chwili zagrożenia, obsesyjnie poprawiającego mankiety koszuli, jako najlepiej zapamiętanego elementu „ostachowiczowskiej tresury”? Większego potencjału, drzemiącego w opisanej ekipie, ja osobiście nie widzę. Pozostają Niemcy, ale wydarzenia z ostatniego szczytu G 20 w Hamburgu pokazują, iż nawet jeśli panują na własnym terenie, robią to ostatkiem sił. Cóż, zostawmy ich z tym, niech pokażą na co ich stać a sami skupmy się na własnym podwórku. Może przyjdzie opamiętanie, otrząsną się, zwrócą o pomoc? Wtedy pomożemy, ale już na naszych warunkach…

Czy powyższy opis sytuacji jest apokaliptyczny? Tak, prawie takowym jest. Czy powinien nas martwić? Tak, powinien lecz jedynie w zakresie bezpieczeństwa Polski i przyjaznych nam państw. Czy powinniśmy współczuć uciemiężonym społeczeństwom? Tak, powinniśmy współczuć, pamiętając jednak, iż to oni wybrali swoje elity, które zafundowały im obecną sytuację, więc na współczuciu poprzestańmy. Czy powinniśmy wykorzystać zaistniałą sytuację? Tak, powinniśmy i to bezwzględnie, twardo negocjując warunki naszej nowej roli w Europie, ponieważ nadszedł czas, gdy możemy dostać coś więcej niż „szklane paciorki” w postaci ścieżek rowerowych czy parków wodnych. Czy ofiary zamachów terrorystycznych powinny wywierać na nas wrażenie? Tak, powinny, ale musimy pamiętać, że nie ma takiego cierpienia włoskiego, niemieckiego czy francuskiego, którego my nie możemy godnie znieść. Czy autor niniejszego tekstu jest zaburzonym dewiantem, dla którego nie ma żadnej świętości? Hmm… Być może, ale wszystkie testy psychologiczne i badania psychiatryczne przeszedł w cuglach, więc chyba nie jest najgorzej. Na pewno jest tak, że autor tekstu bacznie obserwuje otaczającą go rzeczywistość, analizuje ją i wyciąga wnioski, które w żaden sposób nie są obciążone polityczną poprawnością. Dlatego, zdając sobie sprawę z gromów jakie mogą spaść na jego głowę, autor wyartykułuje po raz kolejny swoją mantrę: „Im gorzej u nich, tym lepiej dla nas”.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 28 sierpnia 2017 r.