Select Page

Pieprzony los kataryniarzy

Pieprzony los kataryniarzy

Zaczynam od nawiązania do tytułu książki s-f Rafała Ziemkiewicza… Mocno mi tu pasuje, bo i bohater (w oryginale jeden) się zgadza i gatunek literacki pięknie pasuje do tłumaczeń – wróć – pouczeń, jakie po kilku tweetach @antyleft w pewne niedzielne popołudnie, spadają na wszystkich, którzy mają czelność zakwestionować zakup tysiąca kilogramów cuksów typu krówka za pośrednictwem fundacji po zawyżonej cenie. Czy też zorganizowanie przez „fantastycznych społeczników” spaceru po Warszawie za pieniądze podatnika… Odezwały się głosy oburzenia, że ciemny lud rzuca się do gardeł niczemu niewinnym zaangażowanym jednostkom wybitnym, budującym społeczeństwo obywatelskie… Judym na Judymie… Łzy wzruszenia… Oklaski…

Życie brutalnie zmusiło mnie do pilnego odwiedzenia mojej rodzinnej miejscowości – Kędzierzyna-Koźla. Precyzyjniej – Koźla, bo to de facto dwie miejscowości sztucznie połączone w epoce słusznie minionej. W tym zapomnianym przez władze i ludzi miejscu na Ziemi wciąż mieszkają tacy, którzy wierzą, że można przywrócić tam życie, stworzyć ofertę dla młodych, dać im możliwość kreowania kultury, sztuki… Rozmawiałem z nimi i to ludzie prawdziwej pasji, idei. Nie siedzą na cieplutkiej posadce miłej fundacyjki zasilanej regularnymi przelewami „za nic” przez zaprzyjaźnionych ludzi władzy. To są społecznicy, to Oni budują i mogą zbudować społeczeństwo obywatelskie. Opisywane ostatnio przypadki to zwykłe dokarmianie tłustych kotów za miły mruk w odpowiednim momencie.

Świetnie ujęła to znana „prawicowa blogerka” @katarynaaa (choć pewnie intencje miała inne) pisząc w jednym z postów na Twitterze, że sprawy pewnie by nie było gdyby w opisywanych fundacjach nie przewinęły się nazwiska takie jak Komorowska, Rzeplińska czy Stępień. Otóż to Pani Katarzyno – w punkt. Sprawy by nie było, bo po pierwsze nikt jakimś obcym leszczom nie puściłby złamanego grosza za opisywane „zadania realizowane przez fundacje”… A po drugie, Pani Katarzyno: to jest właśnie definicja nepotyzmu, kolesiostwa, sitwy i kumoterstwa – układu towarzysko – biznesowego. Przykro mi bardzo, ale w cywilizowanym świecie, jeżeli twój ojciec, mąż, syn, matka, żona, córka obejmują posadę w jakichkolwiek władzach publicznych – to niestety – nie możesz wziąć grosza z miejsca, gdzie będzie choćby cień podejrzenia, że ma to związek z pełnioną przez nich funkcją. Jeśli to twoje życie, pasja – namów bliskiego do rezygnacji z uczestniczenia we władzy – nie ma obowiązku tego robić… Nie można zjeść ciastko i mieć ciastko.

A teraz coś, co pewnie większość doskonale wie, albo przynajmniej czuje… Opisane przypadki fundacji to takie najbardziej proste, żeby nie powiedzieć prostackie, dojenie publicznego grosza. Banalna przechowalnia dla dzieci, znajomych króliczka i zasłużonych. I za w sumie drobną kasę – jakby powiedział klasyk – na waciki… Prawdziwe eldorado dla tych, którym „naród chwilowo podziękował” jest zupełnie gdzie indziej. To cała masa spółek, sprytnie stworzonych „przechowalni” dla takich nieszczęśników. Barwy partyjne często nie grają tam wielkiej roli – wiadomo człowiek w potrzebie nie będzie przecież przez kaprys ludu tyrał po osiem godzin za drobne. Chodziłem po korytarzach takowych tworów i jest to doświadczenie bardzo otrzeźwiające. Podam tylko dwa przykłady i jedynie sygnalizacyjnie, bez nazw (choć te oczywiście znam). Pierwszy to grupa trzymająca polskie projekty farm wiatrowych. Mechanizm jej budowy to temat na powieść, a bezczelność i zasięg pajęczyny zachęca by uwierzyć we wszystkie teorie spiskowe jakie w życiu słyszeliście. Drugi to usługi okołobankowe, finansowe… Słyszeliście o programach unijnych, z których wpompowano setki milionów euro na stworzenie w Polsce funduszy poręczeniowych czy kredytowych? Nie? Bo to były bardzo precyzyjnie kierowane programy… Istne perpetum mobile – ta kasa realnie tam wpłynęła i jest już sprywatyzowana. Dziesięciolecia całe można przechowywać tabuny skrzywdzonych przez ciemny lud, a oni tego nie zapomną…

Piszę to wszystko nie w naiwnej wierze, że mam moc sprawczą żeby coś zmienić. Wyzbyłem się tej nadziei po kilkukrotnym zderzeniu czołowym z majestatem Najjaśniejszej CzeciejErPe… Napisałem więcej niż 140 znaków, gdyż jednego nie zniosę – bezczelności. Otóż jak już moi drodzy doicie moją Ojczyznę, to przynajmniej zachowajcie pozory poczucia wstydu. I jak ktoś złapie was za rękę to chociaż przeproście i przyznajcie, że może to jednak było nieładne… tylko tyle… Więcej już nie wymagam, ale to zmusi was choćby do intelektualnego wysiłku wyrachowania. A to już zawsze coś skoro macie stanowić „elitę”.

A my pozostaniemy z utyskiwaniem na niesprawiedliwość, część z wiarą, że w mediach społecznościowych kształtują cokolwiek… Taki to już pieprzony los współczesnych kataryniarzy.

O autorze

Krzysztof Sietczyński

Katolik. Mąż. Ojciec. Polak.