Select Page

„Polowanie na bizony”

„Polowanie na bizony”

Polowanie na bizony było dla Oglala Lakota najważniejszym przedsięwzięciem realizowanym każdego roku. Zdobycie dostatecznej ilości mięsa i skór, zawsze decydowało o przetrwaniu przez plemię mroźnych, zimowych miesięcy. Udział w polowaniu brali jedynie mężczyźni i nastoletni chłopcy. Było to zajęcie tak niebezpieczne, że wypadki śmiertelne były na porządku dziennym. Wyobraźmy sobie pędzące przez prerię z prędkością 45 km/h, kilkudziesięciotysięczne stado bizonów, złożone z osobników ważących po około 750 kilogramów każdy. Między to morze falujących, kudłatych grzbietów, unikając ostrych rogów, wjeżdżali na swoich mustangach wojownicy i strzelali z łuków w serca zwierząt. Jeśli każdy Oglala zabił 5 – 6 bizonów to znaczyło, że pokarmu wystarczy do pierwszych wiosennych roztopów i nikt z tipi nie umrze z głodu. Ćwiartowaniem upolowanych osobników, ściąganiem i wyprawianiem skór, przygotowaniem pemmikanu z mięsa zajmowały się wyłącznie kobiety. Każdy miał swoją rolę do wykonania i od jego zaangażowania oraz pracowitości zależał dobrobyt rodziny. Nikt nie mógł sobie pozwolić na lenistwo czy niedbałe wykonywanie obowiązków, ponieważ zagrażałby istnieniu swoich współplemieńców.

Głęboka reforma polskiego sądownictwa była głównym celem rządu Premier Beaty Szydło. Jego realizacji, z wielką determinacją i uporem, podjął się Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny – Zbigniew Ziobro, wraz z całym gronem swoich współpracowników. O jego działalności miałem już przyjemność pisać w tekście pt. „Jak Gérard Depardieu w Dantonie…”, z dnia 17 lipca 2017 r., dlatego tutaj wątek Pana Zbigniewa będzie jedynie pobocznym. Dziś chciałbym się skupić na stronie opozycyjnej i jej czołowych postaciach a właściwie jednej postaci – Pośle Platformy Obywatelskiej, Panu Tomaszu Lenzu.

Poseł Tomasz Lenz nigdy nie objawił się mojej osobie jako parlamentarzysta z błyskotliwym intelektem, wyjaśniający w sposób jednoznaczny meandry procesu legislacyjnego. Ten wyrastający głowę ponad tłum mężczyzna, o sylwetce Człowieka z Cro-Magnon, noszący okulary tylko pozornie nadające jego twarzy przymiotów intelektualisty, zaprezentował wszystkie swoje umiejętności 18 lipca, naruszając w Sejmie nietykalność cielesną posła Józefa Leśniaka z PiS. Wściekłość z jaką Pan Tomasz działał na niwie konfrontacji fizycznej oraz samo to, raczej niespotykane w Parlamencie zjawisko, spowodowały, że postanowiłem przyjrzeć się osobie T. Lenza.

Na oficjalnej stronie Pana Posła dostępnej w Internecie (http://tomaszlenz.pl/zyciorys/) czytamy, że nasz bohater urodził się w roku 1968. Później standardowo opisywany jest jego życiorys. Moją uwagę przyciągnął jeden epizod z jego życia – mianowicie dwuletnia bytność, w charakterze studenta, w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Rakietowych i Artylerii im. Józefa Bema w Toruniu. Z prostej kalkulacji wynika, że Poseł Lenz, jeśli nie miał żadnych edukacyjnych opóźnień, pisał egzamin maturalny, na zakończenie nauki w Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Konopnickiej w Inowrocławiu, w roku 1987. Do Szkoły Oficerskiej został więc wcielony późnym latem tegoż roku. Oficjalny biogram Pana Posła stwierdza, że spędził w niej dwa lata. Wielką rzadkością były odejścia z uczelni studentów Wyższych Szkół Oficerskich po drugiej sesji. Największy „przesiew” kandydatów na oficerów odbywał się na sesji pierwszej. Mordercze egzaminy z takich przedmiotów: jak wychowanie fizyczne, taktyka ogólna czy szkolenie strzeleckie, dokonywały spustoszeń w szeregach „żaków w mundurach”. Czemu więc Pan Poseł zrezygnował z kontynuowania nauki w tej zasłużonej Alma Mater? Czy jest przypadkiem, że termin jego odejścia z WSO pokrywa się z terminem rozwiązania tzw. „kierunków politycznych” w uczelniach tego typu? Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości – nie mam wiedzy w przedmiotowej sprawie, ale brutalny atak Tomasza Lenza na innego posła sprawił, że zacząłem bardzo szczegółowo badać jego przeszłość, na podstawie oficjalnie dostępnych w sieci materiałów i takie „myśli nieuczesane” narodziły się w mojej głowie.

Stawiam sobie pytanie, dlaczego Lenz, który zasiada w Parlamencie od 2005 roku, dał się tak ponieść nerwom, że fizycznie zaatakował innego posła? Dlaczego człowiek, od lat pobierający wynagrodzenie z publicznej kiesy, nie pracuje dla dobra społeczeństwa, które go utrzymuje, tylko stara się doprowadzić do wyhamowania ważnego procesu legislacyjnego? Skąd u niego taka niespotykana agresja? Społeczeństwo wynajęło go aktem głosowania do działania na swoją korzyść i obowiązkiem posła było wywiązanie się z tej transakcji. Wyjaśnić te wątpliwości może jedynie Pan Tomasz i wąskie grono zaufanych mu osób. Wątpliwość, czy potrzebujemy takich posłów jak on, zostanie rozstrzygnięta w czasie elekcji 2019 roku. Mam nadzieję, że wyborcy okręgu toruńsko-włocławskiego dojrzą, że Lenz nie tylko nie „poluje na bizony”, ale jeszcze przeszkadza wydatnie innym „wojownikom” w tej czynności i kartką do głosowania podziękują mu za świadczenie tych wątpliwej jakości usług. Po co bowiem karmić mięsem człowieka, który nie potrafi lub nie ma odwagi wjechać na mustangu między potężne zwierzęta?

Tak na zakończenie… Polowanie na bizony przywodzi mi na myśl inne, bardzo podobne i równie niebezpieczne zajęcie – a mianowicie ujeżdżanie byków. Tam też uczestnicy muszą dokonywać cudów zręczności, aby nie tylko utrzymać się na grzbiecie rozszalałego zwierzęcia, ale również uniknąć obrażeń na skutek uderzenia rogami lub kopytami byka. Ale w tej dziedzinie specjalistą już nie jestem. Zainteresowanych odsyłam do pewnego mądrego Pana w kwiecie wieku, zamieszkującego willę na warszawskim Żoliborzu.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 24 lipca 2017 r.