Select Page

„Sachem”

„Sachem”

Oglala Lakota mieli zawsze kilku wodzów. Rekrutowali się oni spośród najdzielniejszych i najwybitniejszych wojowników, z których każdy wielokrotnie wyróżnił się w walce lub na polowaniu. Wszyscy oni tworzyli radę starszych plemienia i podejmowali, w sposób kolegialny, najważniejsze dla jego istnienia decyzje, rozstrzygali konflikty oraz uchwalali wyprawy wojenne lub myśliwskie. Podczas pokoju żaden wódz nie wydawał poleceń innym współplemieńcom. Surowość preryjnego bytu powodowała, że życie płynęło utartym torem, a jedynie bezwzględne podporządkowanie się prawom wspólnoty dawało szanse przetrwania. Wodzem wyprawy wojennej lub myśliwskiej zostawał ten, który ją organizował. Doświadczony wojownik nie miał problemu ze skrzyknięciem kilkudziesięciu towarzyszy, by wyruszyć z nimi na wyprawę, bowiem jego wcześniejsze dokonania gwarantowały obfitość łupów w postaci koni, kobiet lub zdobycznej broni. Po zakończeniu eskapady i powrocie do rodzinnej wioski, jakakolwiek podległość natychmiast ustawała.

Oficjalny początek „kryzysu wetowego” należy datować na poniedziałkowe przedpołudnie, 24 lipca 2017 roku, kiedy to Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej ogłosił oficjalnie, że odrzuca ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. Jego słowa wywołały szok i niedowierzanie, zarówno wśród uczestników, jak i komentatorów życia politycznego. Andrzej Duda tłumaczył swoją niespodziewaną decyzję głównie brakiem konsultacji, na etapie tworzenia odrzuconych aktów prawnych, pomiędzy Ministerstwem Sprawiedliwości a Belwederem, oraz zbyt szerokimi kompetencjami Prokuratora Generalnego, jakie ten uzyskałby, po ich wprowadzeniu. Prezydent, w sposób bardzo stanowczy i emocjonalny podkreślił, że w weekend poprzedzający poniedziałkowe weto, odbył bardzo wiele konsultacji ze swoimi „kolegami prawnikami, sędziami i adwokatami”. Do tej puli dołączył również profesorów – zarówno prawników jak i socjologów, a także filozofów oraz etyków. Przysłowiową wisienką na torcie „prezydenckiego procesu konsultacyjnego”, była opinia Pani Zofii Romaszewskiej, której zdanie zaważyło, jeśli dobrze odczytuję słowa Pana Prezydenta, na podjęciu takiej, a nie innej decyzji. Cóż, przed dictum tak wybitnych osobistości pozostaje jedynie pochylić czoła, przyjąć je z należnym szacunkiem i pokorą, a jeśli czegokolwiek zabrakło, to może zdania Edka Musiała, samotnego wdowca z Zubek Dużych, ale o jego atencję Pierwszy Obywatel RP będzie zabiegał dopiero w styczniu 2020 roku.

Słuchając uważnie prezydenckich słów nie sposób nie dostrzec, że „primus inter pares znad Wisły”, ma wyraźną ansę do Zbigniewa Ziobry. Wskazując, jako jeden z głównych powodów swoich wet, przerost uprawnień Prokuratora Generalnego przy wyborze sędziów Sądu Najwyższego, czuć wyraźnie, iż „belwederski lokator” nigdy nie dopuści, aby taki układ sił zaistniał. Zestawiając powyższe z rozanieloną miną Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego – Małgorzaty Gersdorf, podczas opuszczania przez nią Kancelarii Prezydenta kilka godzin po ogłoszeniu weta, można postawić tezę, że Minister Sprawiedliwości przegrał „poddywanową” bitwę, i oby tylko bitwę, z „nadzwyczajna kastą ludzi”. Muszę z satysfakcją zauważyć, że Pan Ziobro zachował wielka klasę i nie wdał się w żadne słowne przepychanki. Komentował decyzję Głowy Państwa z szacunkiem, w sposób wyważony i stonowany. Jedynym zdecydowanym akcentem było zaprzeczenie prezydenckiemu stwierdzeniu, że projekty ustaw nie były konsultowane z KPRP na etapie ich tworzenia. Jestem przekonany, że ślady i dowody takich konsultacji istnieją i mają potwierdzenie w dokumentacji, tym bardziej, że nikt z obozu prezydenckiego nie polemizował dłużej na tej niwie. Mimo wszystko, dwuznaczność tej sytuacji, kładzie dłuższy cień na osobie Pana Prezydenta niż Ministra Sprawiedliwości.

Ten swoisty klincz, okraszony czasem powarkiwaniem „ślepych szczeniąt” w rodzaju Krzysztofa Łapińskiego czy Posła Suskiego, trwał aż do czwartku, 27 lipca. Wtedy na scenę wkroczył posiadacz dwóch najsłynniejszych kotów w Unii Europejskiej – Jarosław Kaczyński. Na antenie Telewizji Trwam, Prezes krótko przedstawił własny ogląd ostatnich wydarzeń, ocenił je i wskazał swoje oczekiwania na przyszłość. Jasno, zwięźle, spokojnie, rzeczowo i trafnie. Bez nutki wyrzutu, chęci konfrontacji czy żalu pod adresem Pana Prezydenta. Tak jak to tylko on potrafi. Towarzyszył mu ukryty bohater ostatnich dni, jeden z najlepszych ministrów w Rządzie Premier Szydło – Pan Mariusz Błaszczak. Jarosław Kaczyński nie ukrywał nawet przez chwilę, że prezydenckie weta ocenia negatywnie i będą one głównym czynnikiem opóźniającym reformę sądownictwa w Polsce. Słowo „kryzys” niestety padło z jego ust, i tym samym, rozwiało wszystkie nadzieje, że pomiędzy Belwederem a siedzibą Prezesa Rady Ministrów rozgrywana jest subtelna, polityczna gra, która zakończy się niespodziewanym wyjściem na „tyły przeciwnika”. Jedno jest pewne – Prezes zdawał sobie sprawę z bezpowrotnie utraconej szansy, ale na pewno nie utracił nadziei na zmiany.

Gdy patrzyłem na Kaczyńskiego dostrzegłem na jego twarzy tak dobrze znane mi zmęczenie. Po kilku tygodniach powodzenia, które „uczcił” ubraniem jasnobłękitnej koszuli, znów wróciło „stare”, czyli znój, ciężka, mozolna praca, oraz pokonywanie niepotrzebnych przeszkód, wynikających z cudzych ambicji, rozgrywek personalnych, czy zwyczajnej indolencji otaczających go osób. Nie ukrywam, że wiele z tych perturbacji Pan Jarosław zawdzięcza sam sobie. Pamiętam wydarzenie sprzed kilku miesięcy, kiedy to jego, prawdopodobnie osobisty sekretarz, po nieudanej próbie telefonicznego kontaktu z którymś z ministrów, podszedł do niego i wygłosił wiekopomną kwestię: „Panie Prezesie, Pan Minister nie odbiera”. Pomimo tego, że ów dżentelmen był dorosły, to natychmiast przypomniała mi się fraza wyartykułowana kilka lat temu przez moją, wtedy dwuipółletnią siostrzenicę: „Mamusiu, źlobiłam siusiu w lajtuzki”. Co prawda obydwie wypowiedzi tyczyły zupełnie czegoś innego, ale spajał je podobny poziom zaradności życiowej oraz identyczne, wyrażające niemoc i bezradność, oczy mówiących. Zacząłem się wtedy zastanawiać, jakie mechanizmy selekcjonują kandydatów na prezesowski dwór? Po „dynamicznym” działaniu przywołanego wyżej młodego człowieka oraz politycznej wolcie, choćby takiej Kluzik lub Marcinkiewicza, zaradność i lojalność odrzucam w pierwszej kolejności, a inny klucz doboru kadr trudno mi aktualnie wykoncypować.

Sądzę, że wielu obserwatorów sceny politycznej spodziewało się, iż Prezydent podejmie wyciągniętą do zgody prawicę Prezesa. Osobiście liczyłem na niedzielny wywiad Głowy Państwa w telewizji publicznej, gdzie zostanie przedstawiony ponownie, tym razem w znacznie łagodniejszej formie, belwederski punkt widzenia, okraszony szeroko otwartymi na kompromis i ustępstwa drzwiami. Zamiast tego, 29 lipca, w sobotę, pojawił się wywiad z Panią Zofią Romaszewską udzielony PAP, który można znaleźć dodatkowo na łamach „dziennika.pl”. Być może dokonuję nadinterpretacji słów Pani Zofii, ale osobiście odbieram go jako jej lekkie wycofywanie się z „wetowskiej awanturki”, umniejszenie w niej własnej roli, oraz, nieco chaotyczną i nerwową, próbę usprawiedliwienia kroku Andrzeja Dudy.W poniedziałkowy poranek, 31 lipca, na łamach „Sieci Prawdy” wkracza, w białym stetsonie i z coltami wyciągniętymi z olster, sam on, czyli Zbigniew Ziobro. Tutaj miejsca na większą finezję nie ma. Prokurator Generalny powiedział to, co jest dla wielu oczywistością – poklask środowisk opozycyjnych, dla obecnych działań Pierwszego Obywatela, jest chwilowy i nie przełoży się on w żaden sposób, na poparcie w prezydenckiej elekcji roku 2020. Nie wiem, czy Minister Ziobro zrobił dobrze czy źle wypowiadając te słowa. Nie wiem, czy były one potrzebne czy zbędne. Wiem natomiast, że Ministrowi Sprawiedliwości jest dużo bliżej do, przywołanego wcześniej na stronicach niniejszego tekstu Edka Musiała – samotnego wdowca z Zubek Dużych, niż do „kolegów prawników, sędziów i adwokatów”.

Zadaję sobie pytanie, czy jest dziś w Polsce osoba, która potrafi przewidzieć następstwa kroków, czynionych aktualnie przez różnych decydentów? Obawiam się, że nie. Obawiam się pogłębienia chaosu i eskalacji konfliktu, bowiem każdy z „wodzów” ma swoją rację i żaden nie zamierza wykonać najmniejszego kroku w tył. Kompilując to z ich emocjami, ambicjami oraz chęcią dominacji należy stwierdzić, że robi się niebezpiecznie i to niebezpiecznie dla Polski, gdyż czynniki zewnętrzne – ot, taka choćby Bruksela – dają swój bardzo silny, dyscyplinujący głos. Uważam, że stery, tej chwilowo „rozkołysanej łodzi”, powinny zostać oddane w ręce „Sachema”, czyli wodza i szamana w jednym, dlatego coraz częściej kieruję swój sokoli wzrok w stronę ulicy Nowogrodzkiej, wypatrując „znaków dymnych”.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 02 sierpnia 2017 r.

O autorze

Tȟašúŋke Witkó

[email protected]

Kategorie

Śledź nas

Napisz do nas

[email protected]