Select Page

„Stampede”

„Stampede”

Plemię Paunisów było odwiecznym i śmiertelnym wrogiem Oglala Lakota. Obydwie strony prowadziły totalną wojnę na wyniszczenie, wyprawiając się przeciwko sobie wielokrotnie. Początkowe, zwyczajowe eskapady, mające na celu zdobycie kobiet i koni, z czasem przerodziły się w masowy konflikt, którego celem była wzajemna eksterminacja. Paunisi posunęli się nawet do tego, że wywołali stampede – czyli masowy popłoch w stadzie bizonów i skierowali pędzącą masę, oszalałych ze strachu zwierząt, wprost na wioskę Oglala. Bizony stratowały wszystko, co napotkały na swojej drodze, zostawiając zniszczone tipi, zadeptane mustangi, ludzi którzy nie zdążyli uciec i wałęsające się wszędzie psy.

W niedzielę, 16 lipca 2017 roku, rozpoczęły się w największych miastach Polski protesty pod hasłem „walki o wolne sądy”. W początkowym okresie miały one „standardową” strukturę i rozmiar – ot, wyszły sobie Frasyniuki, Michniki i Stalińskie powrzeszczeć, a towarzyszyła im dotychczasowa publika, czyli kilkuset pozbawionych apanaży esbeków, spośród których, wprawne oko było w stanie wyłuskać „przyjazną” twarz Dukaczewskiego czy polepione kudły Piotra Niemczyka. Generalnie – nic takiego, co mogłoby wzbudzić większe zaniepokojenie w resorcie kierowanym przez Ministra Błaszczaka. Policjanci zabezpieczający protesty zachowywali się w sposób bardzo profesjonalny, żeby jakimś nieprzemyślanym, nerwowym gestem czy słowem nie rzucić „iskry na prochy”. Całość przebiegała zgodnie ze scenariuszem znanym wszystkim z protestów Komitetu Obrony Demokracji.

Pewnego wieczoru, w „okolicach” czwartku 20 lipca, gruchnęła wieść, że do protestu przyłączyli się młodzi ludzie. Fotografie i filmy ukazujące demonstrujących, nie pozostawiały żadnych wątpliwości – masy młodzieży zluzowały wzburzonych pacjentów oddziałów geriatrycznych. Zaskoczenie strony rządowej takim obrotem sprawy było zauważalne i bezdyskusyjne, pomimo robienia dobrej miny do złej gry. Sytuacja z wieczora na wieczór robiła się coraz bardziej napięta. Młode kobiety, z werwą i energią właściwą dwudziestokilkulatkom, kopały policyjne barierki leżąc na plecach, a ich koledzy utrwalali ten obraz przy pomocy telefonów komórkowych za kilka tysięcy złotych. Nieprzyjazne polskiemu rządowi krajowe i zagraniczne serwisy prasowe, przedstawiały w swoich materiałach sytuację w Polsce jako wręcz dramatyczną. Na pierwszy rzut oka było widać, że wszystko jest zaplanowane, zorganizowane i konsekwentnie prowadzone przez profesjonalny ośrodek, dla którego realizacja podobnych przedsięwzięć jest chlebem powszednim. Wszystkie opisane powyżej elementy, złożyły się na bardzo nieciekawy wizerunek, zarówno rządu, jak i Prezydenta RP.

Kilka prawidłowości, jakie można było zaobserwować w trakcie zajść, zwracało szczególną uwagę. Pierwszą z nich było perfekcyjne wykorzystanie Internetu oraz portali społecznościowych. Dzięki facebookowi nadano protestom skalę masową. Warszawa stała się głównym ośrodkiem wydarzeń, ale dzięki intensywnej działalności w sieci uzyskały one charakter powszechny również w innych dużych metropoliach, takich jak Łódź, Wrocław Poznań czy Gdańsk. Kolejnym zauważalnym czynnikiem była „jednolitość” zachowań ludzi od Dolnego Śląska po Wybrzeże. Tutaj wystarczy wskazać na skandowanie przez zebranych w różnych, znacznie oddalonych od siebie miejscach, identycznych haseł i celebrowanie „pantomimy ze świecami”. Przy analizie wydarzeń nie można pominąć elementu oprawy audiowizualnej. Potężne telebimy, wzmacniające odbiór „guseł”, jakie odczyniali na profesjonalnych scenach różni szamani i kacykowie, potęgowały doznania, które docierały do zgromadzonych osób. Żadnego, nawet najmniejszego czynnika nie pozostawiono przypadkowi. Sprawa oczywistą jest, że coś takiego wymaga zaangażowania znacznych środków finansowych i sądzę, że odpowiednie służby skarbowe powinny podążyć tym tropem. Oceniam, iż wnioski z takich kontroli mogą zadziwić nawet najstarszych pracowników fiskusa i wymusić transparentność finansowania podobnych działań na przyszłość, bo w szczodrobliwość „puszkowych donatorów” nie wierzę.

Opisane wyżej protesty obnażyły niestety, i to po raz kolejny, największą bolączkę Rządu Premier Beaty Szydło – całkowity rozkład polityki informacyjnej. Określenie „rozkład” jest chyba niewłaściwe, bo jak można rozłożyć coś, co nigdy nie istniało? Pierwszy, poważny symptom, że w sytuacjach kryzysowych przekaz do obywateli jest szczątkowy lub nieistniejący, był zaobserwowany przeze mnie wieczorem, 10 lutego 2017 roku, po wypadku kolumny rządowej w Oświęcimiu. Stacje komercyjne natychmiast przystąpiły do wykonania „manewru faktami”, a w tym czasie publiczna telewizja informacyjna zajmowała się kontemplacją jakiejś „wierzby płaczącej” lub inną wartką problematyką. Efekt był taki, że pomimo odniesienia poważnych obrażeń przez Panią Premier i funkcjonariusza Biura Ochrony Rządu, to Pan Sebastian – nieszczęsny kierowca Seicento – stał się ofiarą „kaczystowskiego reżimu”. Znany zarówno z umysłowej rzutkości jak i oralnej sprawności Rzecznik Rządu – Pan Rafał Bochenek – potrzebował aż 16 godzin aby na zwołanej konferencji prasowej, swym charyzmatycznym głosem, nie powiedzieć dosłownie nic. Kompletne fiasko i porażka na całej linii. Dobra, błędy zdarzają się każdemu, ale tkwienie w nich to już sprawa poważniejsza. Od tamtych wiekopomnych wydarzeń minęło bowiem pól roku i lepiej wcale nie jest. Tym razem ciężar informowania dźwiga na swoich barkach Minister Błaszczak – najdzielniejszy z dzielnych. Gwiazdy przestrzeni „twitterowo-telewizyjnej” gdzieś zniknęły. Nie było chętnych do udzielania wywiadów, brylowania i wygłaszania w mediach różnych mądrości. Tym razem prawdziwy rekin i zwierz medialny – Bochenek Rafał – został chyba w rodzinnym Kokotowie, a z bełkotu przereklamowanego Szefernakera nie wynikało nic. Budowę służb prasowych i całej komunikacji Rządu z obywatelami czas najwyższy zacząć!

Muszę przyznać, że wywołanie „demonstracyjnego stampede” na terenie większych polskich miast poszło bardzo gładko. Jedynym ratunkiem przed rozszalałym stadem jest zmiana kierunku jego biegu. Aby dokonać tej sztuki należało dotrzeć „na mustangu” do cwałującego na czele grupy „bizona” i skierować go na bezkresną prerię. Z czasem biegnące zwierzęta się zmęczą i staną aby spokojnie skubać trawę. Ostatnie dni pokazały, że Mariusz Błaszczak na swojej niwie zadziałał w sposób wzorcowy, wykonując perfekcyjnie powierzone mu zadania, natomiast „galopujących” Bochenka i Szefernakera wciąż muszę sobie wyobrażać, a pomimo dość bogatej wyobraźni mam z tym potworny problem.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 26 lipca 2017 r.

O autorze

Tȟašúŋke Witkó

[email protected]

Kategorie

Śledź nas

Napisz do nas

[email protected]